środa, 10 kwietnia 2013

Let's dance to Joy Division!

Korzystając po raz kolejny z dobrodziejstwa biblioteki miejskiej, wypożyczyłam niedawno (kompletnie za darmo, polecam!) film "Control" o wokaliście zespołu Joy Division, Ianie Curtisie. Przyznam, że wcześniej nie wiedziałam praktycznie nic na temat tego chłopca i jego zespołu, ale ta pseudo biografia, choć trochę nużąca, stała się dla mnie inspiracją.


Nie mam zamiaru przedstawiać życiorysu Iana, tym bardziej, że nie ma zbyt wiele do opowiadania, jako że samobójstwo popełnił w wieku 24 lat. Chciałabym skupić się bardziej na samej muzyce. W filmie piosenki wykonywane są na żywo przez aktorów, za co z jednej strony należy im się podziw, z drugiej natomiast nie oddaje to do końca charakteru zespołu. Odgrywający główną rolę Sam Riley, choć bardzo podobny do Curtisa wyglądem, nie został niestety obdarzony równie głębokim głosem. Koniec końców, film uważam mimo wszystko za dobry, a jako dowód przedstawiam (moim zdaniem) najlepszą scenę, z moją ulubioną piosenką Joy Division, bardzo emocjonalną i wzruszającą:


Jeśli chodzi o twórczość Joy Division, została ona także częściowo przedstawiona w filmie "24 Hour Party People", który poświęcony jest historii wytwórni zespołu oraz sceny muzycznej Manchesteru ubiegłego wieku. Sama jeszcze nie miałam okazji obejrzeć tego filmu, a opinie, jakie o nim słyszałam, znacznie różnią się między sobą, więc ciężko mi na chwilę obecną powiedzieć cokolwiek na jego temat. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak tylko jak najszybciej go obejrzeć! Tymczasem na sam koniec moich rozważań o Joy Division proponuję wam bardzo dobry cover piosenki "Shadowplay" w wykonaniu The Killers oraz utwór zespołu The Wombats, który zachęca do tańczenia do piosenek Joy Division. Wydaje się niemożliwe, ale nie znam lepszego sposobu na odstresowanie, niż dziki szał przy "Disorder"!

 
 
 

wtorek, 9 kwietnia 2013

Chłopcy z problemami, czyli jak to się robi w UK i USA

Dziś mam dla was 2 dosyć nowe filmy z dwóch stron Atlantyku, które łączy jedno, a mianowicie główny bohater z zaburzeniami psychicznymi.

THE PERKS OF BEING A WALLFLOWER (2012)


Głównym bohaterem tej amerykańskiej produkcji jest cierpiący na chorobę psychiczną nastoletni Charlie. Chłopak właśnie wkracza w licealne progi, gdzie niespodziewanie zaprzyjaźnia się z nietypowym rodzeństwem maturzystów i ich równie ekscentrycznymi znajomymi- kleptomanką, ćpunem i punk-buddystką. Liceum to dla Charliego czas pierwszej miłości, eksperymentów z narkotykami, a także próba zmierzenia się z mroczną przeszłością, która nadal utrudnia mu prowadzenie normalnego życia.
Niewątpliwą zaletą filmu jest obsada. Aktorzy odgrywający główne role mimo młodego wieku mogą pochwalić się już sporym doświadczeniem w branży. W scenariuszu nie brak także humorystycznych scen, które przeplatają się wraz ze smutną historią Charliego, wywołując na zmianę łzy i uśmiech na naszej twarzy. Soundtrack stanowią natomiast stare, dobre utwory, między innymi "Asleep" zespołu The Smiths.


SUBMARINE (2010)

Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie, czy Oliver cierpiał oficjalnie na jakieś schorzenia psychiczne, bo w małej nadmorskiej miejscowości, jaka została tu przedstawiona, ciężko byłoby wyróżnić jakąkolwiek normalną postać. Matka chłopaka romansuje z lokalnym mistykiem, ojciec oceanograf kocha już tylko swoją pracę, a dziewczyna, Jordana, czerpie perswazyjną przyjemność z dręczenia nie tylko klasowej ofiary, ale również swojego chłopaka. Fabuła zdaje się być kalką niejednego scenariusza- mowa tu głównie o problemach, jakie stoją przed dorastającym człowiekiem. Trzeba jednak przyznać, że nas, młodych, taka tematyka nie nudzi.
Ten film jest zdecydowanie bardziej specyficzny, a przez to zapewne dużo mniej przystępny dla wielu widzów. Ma jednak mocne strony, które każdy powinien docenić: piękny akcent aktorów, malownicze kadry i ścieżkę dźwiękową zdominowaną przez Alexa Turnera, frontmana Arctic Monkeys.

 

Oba filmy, tak różne, a zarazem podobne, są godne polecenia. Który lepszy? Osądźcie sami...

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pretty Little Collection

Dziś skonfrontuję serial Pretty Little Liars z książkowym pierwowzorem autorstwa Sary Shepard. Zacznijmy od mojej pięknej, małej kolekcji, jaką udało mi się dotychczas zgromadzić:
W wersji polskiej...
...i angielskiej

Małe wprowadzenie: seria opowiada o losach czterech dziewczyn, które rok po śmierci przyjaciółki zaczynają otrzymywać niepokojące wiadomości od osoby, która zdaje się wiedzieć o nich wszystko... Brzmi mrocznie. A teraz przejdźmy do porównania.

Z PLL zetknęłam się po raz pierwszy w formie serialu. Po pierwszym odcinku byłam tak zaszokowana bezsensownością fabuły, że nie pozostało mi nic innego, jak tylko oglądać dalej. I tak już zostało. Mimo, że w serialu nie brak luźnych końców i logicznych luk, jest w nim coś hipnotyzującego. I choć ostatnie odcinki uważam za kompletne nieporozumienie, jestem na tyle przywiązana do bohaterek, że gdy za kilka miesięcy rozpocznie się kolejny sezon, obejrzę go zapewne na live streamie razem z amerykańskimi widzami.
Za książki zabrałam się krótko po tym, jak zaczęłam oglądać serial, najpierw w języku angielskim. Trzeba przyznać, że szata graficzna jest okropna, przypomina pamiętniki Barbie i wstyd mi je było czytać w miejscach publicznych. Edycję polską kupiłam chyba tylko ze względu na ładne okładki (wiem, to próżne). Serial jest bardzo niewierną ekranizacją powieści. W zasadzie łączy je tylko ogólny zarys fabuły i postaci bohaterek. Jeśli chodzi o resztę elementów, włączając w to wygląd osób, relacje między nimi i poszczególne wydarzenia, to nie mają ze sobą nic wspólnego. Uważam to jednak za ogromną zaletę, ponieważ akcja w świecie literackim i telewizyjnym zmierza w dwóch zupełnie różnych kierunkach. Czasem tylko zastanawiam się: czy to wydarzyło się w serialu, czy tylko w powieści...? Trochę to mylące.
Tak czy inaczej, jeśli miałabym wyróżnić książkę lub serial, chyba wybiorę to drugie. Tak to już jest- nigdy nie czytaj książki po obejrzeniu ekranizacji, bo w 99% przypadków nie docenisz pierwowzoru. Łatwiej jest mimo wszystko przyzwyczaić się do realnych bohaterek niż tych papierowych, a właśnie to łatwo przychodzące przywiązanie do dziewczyn uważam za największy atut serii. Wszystkim rozpoczynającym przygodę z PLL polecam zatem rozpoczęcie od oryginału, a następnie śledzenie odcinków serialu, może wasz odbiór będzie wtedy inny :)

czwartek, 4 kwietnia 2013

Nie rozumiem fenomenu 'Gry o tron'


Zacznijmy od tego, że mam ogromny wstręt do fantasy. Nigdy nie udało mi się obejrzeć żadnej części "Władcy Pierścieni" od początku do końca, a książka "Hobbit", którą dostałam na ósme urodziny, stoi na półce nienaruszona od 10 lat. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przekonują mnie krasnoludy, elfy i brodaci czarodzieje. Jednak kiedy mój brat dostał ostatnio od kolegów serial "Gra o tron", którego ocena na Filmwebie wynosi imponujące 8,8/10, postanowiłam dać fantasy jeszcze jedną szansę.

Jak dotąd zobaczyłam 7 z 10 epizodów pierwszego sezonu i wciąż nie jestem przekonana. Odcinki trwają prawie godzinę i mam wrażenie, że oprócz odważnych scen erotycznych, w tym serialu nie dzieje się nic. Brak jest jakiejkolwiek postaci, z którą mogłabym się identyfikować, a irracjonalne zachowanie bohaterów przekracza ludzkie pojęcie. Tymczasem z każdej strony bombardują mnie zapowiedzi trzeciej serii 'kultowego serialu'.

Braciszek przekonuje mnie, że akcja się jeszcze rozkręci. Szczerze w to wątpię, ale zmęczę jeszcze jakoś te 3 odcinki. Zastanawia mnie jednak jedno: co wy w tym widzicie? Jeśli ktoś jest w stanie, proszę, niech odpowie...

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Co mi w duszy gra!

Dziś będzie trochę o płytach, jakie posiadam.

1. Between two lungs- Florence + the Machine
Płyta ta w zasadzie należy do mojej mamy, kupiłam ją jej na Gwiazdkę chyba 2 lata temu, ale wkrótce po tym sama zakochałam się w tej muzyce i obecnie album zdobi moją kolekcję.
Kariera Florence znacznie rozwinęła się od czasu premierowej płyty, chyba każdy jest już zapoznany z twórczością tej rudowłosej Brytyjki i niejednemu zapewne się ona przejadła, ale ja wciąż znajduję w tych piosenkach coś nowego. Moja niezmiennie ulubiona:

2. Ceremonials- Florence + the Machine
Ta płyta już definitywnie należy do mnie, tym razem to mama kupiła ją mi, na zeszłoroczną Wielkanoc. Album ten jest co prawda bardziej patetyczny niż poprzedni, a przez to nieco męczący, ale Florence daje tu niezły popis swoim głosem. Za pozostałość starego, dobrego stylu z poprzedniej płyty uważam:

3. Blood pressures- The Kills
Tę płytę kupiłam sobie sama, żywiąc nadzieję, że kiedyś poznam Alison Mosshart i poproszę ją o autograf. Najnowszy album zespołu uważam za najlepszy w ich dorobku, jest zdecydowanie najbardziej dopracowany i przemyślany. A jako namiastkę ich twórczości proponuję piosenkę 'The last goodbye'. Kiedy po raz pierwszy ją usłyszałam, dosłownie popłakałam się, choć chwilę wcześniej byłam w doskonałym humorze. To jest właśnie moc The Kills!

4. Blunderbuss- Jack White
Oto kolejny prezent, tegoroczny świąteczny od mojego braciszka. Młody zna się na muzyce.
Jack White nagrał na tej płycie to, z czego doskonale już go znamy, ale nie uznaję tego za wadę.  To chyba jedyny człowiek z Nashville (tak, światowej stolicy country -.-), którego muzyka do mnie trafia. Może to przez te jego polskie korzenie ;)

5. Drive- sountrack filmu zebrany przez Cliffa Martineza.
Film "Drive" ma dwa zasadnicze atuty: Ryana Goslinga i ścieżkę dźwiękową. Pan Martinez odwalił kawał dobrej roboty [jego doskonały muzyczny zmysł można też podziwiać w nowym filmie Spring Breakers (w zasadzie w tym filmie oprócz muzyki niewiele pozostaje do podziwiania), do którego muzykę ułożył wraz ze Skrillexem.]  Na płycie przydałoby się mimo wszystko więcej prawdziwych utworów, bo po pierwszych pięciu słuchamy już tylko typowej ścieżki dźwiękowej, ale klimat pozostaje.

środa, 27 marca 2013

Let's start from the end!

Wczoraj zespół Yeah Yeah Yeahs umieścił na swoim fejsbuczkowym profilu klip do piosenki "Sacrilege" [premiera nowej płyty już w kwietniu!] Teledysk jest po prostu przecudowny, nie mówiąc już o samej piosence. Przy okazji zauważyłam ciekawą tendencję do opowiadania w klipach historii od tyłu i zdecydowałam, że zrobię takie mini zestawienie.

1. Wspomniane już "Sacrilege" Yeah Yeah Yeahs
Tutaj widać, że same sceny nie były puszczone od tyłu, jak to będzie przy następnych piosenkach, tylko po prostu po mistrzowsku zmontowane. Omijają nas zatem efekty typu: wlewanie się z powrotem wody do szklanki albo składanie się czegoś rozbitego w drobny mak, ale za to łatwiej nam się skupić na genezie obławy Lily Cole ;)



2. "Breezeblocks" Alt-J
Założę się, że każdy ma przynajmniej trzech znajomych na facebooku, którzy udostępnili ten teledysk i zakładam, że wszyscy doskonale go znają, ale wstawiam go, bo pasuje doskonale do dzisiejszego tematu.

 


3. "The Scientist" Coldplay
Piosenka stara jak świat, ale warto o niej pamiętać, bo zauważcie, że Chris Martin
śpiewa tu od tyłu i to nie montaż,
tylko zasługa ciężkiej pracy!


PS Wiem, że jest jeszcze kilka teledysków  z podobnymi zabiegami, m.in. "Me, Myself & I" Beyonce, ale u niej jakoś słabo to wypadło [tylko macha futrem],  więc nie umieszczę jej bezpośrednio w moim rankingu ;P

    poniedziałek, 18 marca 2013

    Recolligere

    Dziś rozpoczynamy w szkole rekolekcje, więc żeby było w klimacie- Maria Peszek. Jak zwykle przewrotnie, niemniej jednak skłania do przemyśleń, a o to chyba chodzi.